Małopolskie bezdroża

Nieludzki tłok w rozklekotanych busach sunących po dziurawych drogach, cuchnące trzydziestoletnie pociągi jeżdżące wolniej niż za Franciszka Józefa, PKS-y likwidujące kursy, „bo się nie opłaca”, dworce i przystanki idealne jako scenografia horrorów… W takich warunkach dojeżdża do pracy i szkoły w Krakowie ćwierć miliona Małopolan.

Tak jak Agnieszka, studentka z Olkusza, która codziennie jeździ na zajęcia na uniwersytecie, bo busy są tańsze niż wynajęcie kwatery w stolicy regionu.

To samo robią dziesiątki tysięcy młodych ludzi. Jeszcze więcej podróżuje do i z Krakowa w piątki po zajęciach oraz w poniedziałki rano. Z kolei w weekendy zjazdy mają studenci zaoczni. Kraków był zawsze czołowym ośrodkiem akademickim, ale jeszcze 20 lat temu na studia szło 7 proc. młodzieży, a dzisiaj – 50 proc. Większość codziennie dojeżdża na uczelnie.

Do Krakowa podróżują też regularnie ci, którzy znaleźli tutaj pracę; bezrobocie w stolicy regionu jest nawet trzy razy mniejsze niż w gminach oddalonych o 40-80 km. Liczba dojeżdżających rośnie, bo część krakowian buduje się w coraz odleglejszych miejscowościach (Olkusz, Kalwaria, Bochnia). Ale pracuje i uczy się w Krakowie…

Nasi reporterzy sprawdzili, w jakich warunkach jeździ się do Krakowa. Obraz jest bardzo smutny. Wbrew ustawowym obowiązkom i mimo istnienia powołanych do tego instytucji, nikogo nie obchodzi codzienna udręka tysięcy dojeżdżających. Ani to, że w małopolskim transporcie królują rozwiązania znane z Trzeciego Świata, będące absolutnym zaprzeczeniem tendencji dominującej w krajach rozwiniętych. W tych ostatnich rozwija się szybką kolej aglomeracyjną, systemy „park and ride” (zostawiasz samochód na stacji, do centrum docierasz koleją lub tramwajem) i uzupełnia ją transportem autobusowym z uprzywilejowanymi pasami ruchu. To pozwala rozładować korki, a przede wszystkim – podróżować w ludzkich warunkach. A jak jest u nas?

Głównym problemem dotowanej przez Urząd Marszałkowski kolei (tylko w tym roku – 69 mln zł na przewozy pasażerskie i 61 mln zł na remonty sieci) jest fatalny stan torów i taboru. 64-kilometrowy odcinek z Oświęcimia do Krakowa „zabytkowy” skład pokonuje w dwie godziny, 50 km z Wadowic tłucze się godzinę i 40 minut, pokonanie drogi z Nowego Targu do stolicy Małopolski zajmuje dziś kolei ponad trzy godziny… 100 lat temu ciuchcie pokonywały te trasy o jedną czwartą szybciej!

Ledwie zipią PKS-y, przez co pełnowymiarowych autobusów jest coraz mniej. Upadek publicznych przewoźników trwa i to nawet na trasach obleganych przez pasażerów. PKS-om nic się nie opłaca. Większość ludzi wożą więc prywatne busy. Dominują stare mercedesy przerobione tak, by zamiast kilkunastu osób brać trzydzieści i więcej. W godzinach szczytu i podczas weekendowych transferów tłok jest nieludzki. 40 osób upchanych jak sardynki to norma. Wielu chętnych godzinami koczuje na przystankach, by w ogóle wsiąść.

Wygląd i funkcjonalność owych przystanków – oraz dworców – to kolejny koszmar. Ale to i tak nic w porównaniu z podróżą po zakorkowanych i potwornie dziurawych drogach.

Przez ostatnie dwa tygodnie nasi reporterzy sprawdzali, w jakich warunkach dojeżdżają do Krakowa dziesiątki tysięcy Małopolan. Obraz jest porażający.

Drogowy transport w regionie to skrzyżowanie chaosu i standardów rodem z meksykańskiej prowincji. Warunki podróżowania i oczekiwania na odjazd są fatalne, a bywają katastrofalne. I nikogo to nie obchodzi.

Dziennik Polski
autor: Zbigniew Bartuś

Ten wpis został opublikowany w kategorii Informacje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.